wtorek, 2 stycznia 2018

PIESEK

październik 2012, nadbałtycka plaża.

Poczułem na sobie słoną kroplę, wiatr mi ją rozprowadził po policzku. Biegłem po piasku, który piszczał pod naciskiem mojej stopy. Zastawiwszy za sobą całą rodzinę, słyszę symfonię natury; świst zefiru wśród suchych gałęzi, szum słonej wody, solówka psa. 

Nogi, łapa, druga łapa, nogi. Raz po razie odbija się od ziemi, lekkie kroki sprawiają, że prawie lata. Udaję, że nie słyszę psującego krzyku rodziców, chcących mnie widzieć dużo bliżej. Biegnę dalej. 

Rozglądam się i widzę piękne, białe obłoki lecące po niebie lekkie jak białe piórko. Niżej pustynia wody, głęboka i już ledwo słona, ledwo żywa. Ziarna soli smagają mi twarz, niesione przez wietrzne istoty. Pies dalej biegnie przed siebie, jest w swoim żywiole. 

Gdy wreszcie poczuję słony smak w ustach zrozumiem jak to jest, jak on się czuje. Wolny i szybki, leci i biegnie nie będąc w miejscu. Powietrze przez niego przechodzi jak woda przez rzekę, patrzy się na mnie.

Zatrzymuję się i patrzę na rodzinę, psa już nie widać. Wiatr ustępuje, zastaje cisza. Piesek dalej biegnie, niosąc moje wspomnienie za sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz