niedziela, 20 sierpnia 2017

PIELGRZYMKA DO LOURDES CZYNI PRAWDZIWE CUDA



W sercu jestem katolikiem, w duchu chyba też. Ale w mózgu już zdecydowanie nie. No o mój drogi czytelniku: co ja mam powiedzieć, jeśli jadę sobie w miejsce objawienia Matki Boskiej z Lourdes z intencjami kompletnego wyciszenia i duchowego skupienia a pierwszymi widokami są sceny przypominające ujęcia kamer z ulic Bangladeszu? 


 
Zaczęło się to gdzie indziej. Jestem na wakacjach z rodziną w okolicy francuskiego miasta Beziers w pięknej Langwedocji. Od samego początku mieliśmy jechać na krótki wyjazd do Lourdes: miasteczka, gdzie w XIX wieku Świętej Bernardecie ukazała się Matka Boża. Tak naprawdę, to ukazała się poza dawniejszym miastem, czyli na obrzeżach wioski, w grocie. W dniu dzisiejszym miejsce objawienia jest w centrum religijno-handlowej wioski. Niestety. Zdjęcia, które Ci udostępniam nie ukazują ogromu tego właśnie zgrupowania sklepów z pamiątkami, targowisk oraz tłumów, prawie powodzi turystów z całego świata. Pewnego razu zatrzymałem się na chwilę, aby cyknąć parę fotek, a gdy się odwróciłem w stronę siostry, nie znalazłem nikogo. Zacząłem kręcić dookoła głową, ale nic. Tym bardziej, że od czerwca przestałem nosić okulary i wziąłem się za ćwiczenie wzroku. Nie widziałem ich. Widziałem tylko tych, których nie chciałem widzieć, czyli plagi ludzi z aparatami, zorganizowane grupy inwalidów i sprzedawców z kulkami śnieżnymi z Maryją w środku. Na szczęście po chwili już się odnaleźliśmy, wystarczyło skręcić w mało uczęszczaną przez turystów uliczkę. Pierwsze błogosławieństwo, które dostałem było w postaci nauki: nie zawsze musisz tworzyć swoją drogę, czasami warto wziąć tą rękę, którą stale ci ktoś podaje.


Po długiej, prawie pięciogodzinnej trasie dobrze by było jednak coś zjeść! Problemów większych nie było, ponieważ restauracje były co dwa kroki. Następnie poszliśmy do Sanktuarium – wreszcie do celu naszej podróży. To było niesamowite przeżycie. Weszliśmy przez wielkie bramy świętego Marcina, wszystko nagle zwolniło. Nasze kroki same stały się lżejsze, i cichsze. Promienie słoneczne oświetlały nam chodnik. Gdy nareszcie zza drzew ukazał się cały kompleks budynków oraz bazylik, wszyscy oniemieli, lub mówili łał. Widok jest piękny. 

Jednak cały sekret polega na tym, że ten widok nie jest sercem tego miejsca… Serce jest otwarte dla wszystkich, nie trzeba pokonywać setki schodków, aby do niego dotrzeć. Należy tylko postać w kilkusetmetrowej kolejce pielgrzymów, która o dziwo idzie szybko. Kolejka ta idzie do groty, w której objawiła się Maryja. To ta sama grota, z której wypływa źródło świętej wody z Lourdes. Piją tą wodę codziennie miliony pielgrzymów i ją nalewają do baniaczków od 5:30 do 24:00 non stop. Nie było chwili, aby wszystkie krany były wolne : nawet o północy, kiedy kończy się msza pod otwartym niebem. 



Zwiedziliśmy całe sanktuarium, ale to w grocie czułem się najlepiej. Energia wręcz pulsowała od tych skał. Wszyscy ją czuli i podziwiali. Wchłaniali ją całym ciałem i duszą. Ludzie chorzy może doznali cudu i zeszli z wózka, jedni modlili się po cichu, inni grupowo odmawiali pacierze. W tej strefie ciszy każdy czuł się jak u siebie, otoczony dobrymi ludźmi i dobrą, lecz cichą atmosferą.       

Wieczorem znowu byliśmy głodni. Zaszalałem, i zamówiłem formułę danie dnia + desery do woli. Danie dnia okazało się być pysznym mięskiem w sosie a desery były głównie na bazie bitej śmietany. Dodam tylko, że zazwyczaj po odrobinie mleka choruję, a co dopiero na noc z mięsem. Myślałem, że na wakacjach ta zasada się nie sprawdza. W nocy ból brzucha nie dawał mi spać a rano kompletnie wybudził ze snu. Na szczęście w nieszczęściu wiedziałem, co należy robić, bo mam takowe „doświadczenie” w tym zakresie. Napiłem się moich emów, czyli napoju probiotycznego ratującego mnie ze wszystkich tego typu sytuacji, wykonałem moje ćwiczenia na trawienie i wziąłem gorący prysznic. Ból chwilowo przeszedł. W tym czasie siostry wstały i rodzice przyszli. Uznałem, iż nie ma potrzeby opowiadania im o moich nocnych przeżyciach, więc wzięliśmy się za pakowanie towaru i wracanie do domu. Wchodząc do pokoju uderzył we mnie zapach hotelowego śniadania, smrodu z ulicy oraz duszących perfum rodziców. No niestety. Czas był tylko na zamknięcie drzwi i rzucenie się do łazienki. Dopadły mnie nudności i zwymiotowałem wypitą świętą wodę i emy. Potem zdążyłem jeszcze zwymiotować do śmietnika na wejściu do Sanktuarium, w którym się jeszcze potem modliłem i starałem wyleczyć świętą wodą. Do wieczora piłem tylko herbatę i trochę zupy. Czułem się strasznie i ponoć byłem na twarzy przezroczysty. W drodze około 15:00 zatrzymaliśmy się w Carcassone, średniowiecznej twierdzy. Potem pojechaliśmy na plażę, a wieczorem na święto miasteczka, gdzie jadłem smażone kalmary. Czułem się znakomicie. 

Czy to dzięki emom, czy dzięki wodzie, to nieistotne. Ta lekcja była może ostatnią w tym zakresie: nie jedz tego, co ci nie służy i oprzyj się pokusie. Jest to trudne, ale teraz jak mam do wyboru deser ze śmietany a zupę, staje mi przed oczami Matka Boska z Lourdes przypominająca o wydarzeniach, które mnie spotkały w jej mieście. Nawet jeśli to miasto jest miastem-sklepem, liczy się to, co jest w jego sercu, czyli pamięć o objawieniach i nasze wspomnienia. Życzę Ci i każdemu innemu, abyś znalazł sobie taką postać, która zawsze będzie mówiła i przypominała o tym, co kiedyś widziałeś i przeżyłeś...


Jeszcze parę ostatnich zdjęć :)


Ciekawa instalacja na platanie a poniżej widać reklamę filmu, dla którego zbudowano całe kino.



Budka ze świeczkami. Jedna z kilkunastu na terenie Sanktuarium.


Oto początek gigantycznej kolejki.


  To jest ostatnie zdjęcie, które bardzo wyraźnie pokazuje istotę tego sanktuarium.



 Cypi - pozdrowienia z Lourdes!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz